Rzymskie wakacje
Zaraz po świętach dostałam prezent od wujka na osiemnastkę, którą mam co prawda pod koniec stycznia. Tym prezentem był wyjazd na Taize do Rzymu. Tam sporo się działo. Ponad dwadzieścia godzin jazdy autokarem w jedną stronę. Na miejscu prawie 3-godzinne czekanie na rozdzielenie do poszczególnych parafii, byłam na skraju załamania, no nie tylko ja. Jak już kolejka doszła do nas weszliśmy na taką salę wykładowczą gdzie rozdano nam książeczki z wytycznymi, mapy, bilety na metro i autobusy, karty z informacjami, które nie do końca były potrzebne, przynajmniej mojej grupie, a także kartki z mini-mapami, jak dotrzeć do wyznaczonej dla nas parafii. Rozdzielono naszą autokarową grupę na trzy mniejsze grupy. Byłam w grupie 10-osobowej, między innymi była w tej grupie również moja Kasia i jej kumpela ze szkoły, Paulina, którą dobrze się dogaduję. Był też Damian, kumpel z podstawówki. W czasie jazdy trzymaliśmy się we czwórkę i w ciągu pobytu w Rzymie również, co prawda nie zawsze, ale często.
Po wyjściu z ,bodajże, uniwersytetu grupkami udaliśmy się do naszych parafii. Muszę przyznać trochę czasu spędziliśmy w metrze tego dnia, bo mieliśmy spory kawałek do parafii. Muszę przyznać takie przemieszczanie się z bagażami daje wycisk. Wszystko mnie bolało.
Parafia wyglądała trochę jak mały labirynt. Prócz naszej 10-osobowej grupki była jeszcze jedna grupa z Polski, jedna z Rosji i chyba z Niemiec, albo z Anglii, w każdym razie sporo nas było, a rodzin, u których część Taize miała mieszkać, było mało. Naszej grupie udało się zamieszkać u jednej z nich.
W parafii w ramach czekania na przydzielenie noclegowni dostaliśmy ciepłą herbatę i pyszne ciasta. Potem było przydzielanie. Całą naszą grupę przygarnęła przemiła kobieta, mieszkająca 15 minut od parafii.
Mieszkaliśmy w domu sami, bo rodzina, która, jak to określiła Paulina, nas adoptowała, mieszkała za ścianą. Wszyscy spokojnie się pomieściliśmy, bo było dużo miejsca, wieczorami można było posiedzieć na balkonie. Mieliśmy cudowny widok.
Rano, gdy reszta wychodziła do kościoła, ja, Kasia i Paulina wstawałyśmy, robiłyśmy sobie śniadanie, szykowałyśmy się i wychodziłyśmy na miasto. Wracałyśmy na obiad, po obiedzie znów wychodziłyśmy. Cały czas w ruchu były aparaty. Często odwalało nam równo.
Obiecałam sobie, że przyjadę jeszcze raz do Włoch i zrobię zdjęcia na wystawę :)
Po wyjściu z ,bodajże, uniwersytetu grupkami udaliśmy się do naszych parafii. Muszę przyznać trochę czasu spędziliśmy w metrze tego dnia, bo mieliśmy spory kawałek do parafii. Muszę przyznać takie przemieszczanie się z bagażami daje wycisk. Wszystko mnie bolało.
Parafia wyglądała trochę jak mały labirynt. Prócz naszej 10-osobowej grupki była jeszcze jedna grupa z Polski, jedna z Rosji i chyba z Niemiec, albo z Anglii, w każdym razie sporo nas było, a rodzin, u których część Taize miała mieszkać, było mało. Naszej grupie udało się zamieszkać u jednej z nich.
W parafii w ramach czekania na przydzielenie noclegowni dostaliśmy ciepłą herbatę i pyszne ciasta. Potem było przydzielanie. Całą naszą grupę przygarnęła przemiła kobieta, mieszkająca 15 minut od parafii.
Mieszkaliśmy w domu sami, bo rodzina, która, jak to określiła Paulina, nas adoptowała, mieszkała za ścianą. Wszyscy spokojnie się pomieściliśmy, bo było dużo miejsca, wieczorami można było posiedzieć na balkonie. Mieliśmy cudowny widok.
| Widok z balkonu :) |
Obiecałam sobie, że przyjadę jeszcze raz do Włoch i zrobię zdjęcia na wystawę :)
Komentarze
Prześlij komentarz