Rozważanie do stacji dziewiątej

                                 15.03.2013r. okazał się dla mnie wyjątkowym dniem. Tuż po spotkaniu formacyjnym, po tym jak kartki z rozważaniami na Drogę Krzyżową zostały rozdane, odetchnęłam z ulgą, że upiecze mi się i nie będę musiała umierać ze stresu przed czytaniem. Okazało się jednak, że moje miejsce będzie wtedy na ołtarzu.

                                 Moja animatorka wręczyła mi bez słowa kartkę, na której było rozważanie do stacji dziewiątej. Nie chciała słyszeć, że nie zamierzam tego czytać. Wiedziałam, że dyskusja z nią nie ma sensu, więc pozostało mi tylko wziąć się w garść i nie zawalić sprawy. Parę osób dostało po dwie kartki, dlatego jedna z nich z rozważaniem numer 9 znalazła się w moim posiadaniu.

                                 O pomocy przy Drodze Krzyżowej ja i parę osób z mojej grupy formacyjnej dowiedzieliśmy się na dosłownie parę minut przed rozpoczęciem. Wchodząc na Kościół cała się trzęsłam i z zimna i z tremy.

 
                                 Ja, aparatka plus mikrofon raczej nie jest dobrym połączeniem. Mimo, że wcześniej Kasia i Maciek mówili, że nie mam się czym przejmować, to jednak ten strach wisiał w powietrzu. Do tego doszły jeszcze obawy, że jak podejdę do mikrofonu, na ołtarz, to odbierze mi mowę, albo w pewnym momencie się przejęzyczę.

                                 Zaraz po rozpoczęciu z paroma osobami przemieściliśmy się na ołtarz, by nie musieć wychodzić z ławki, gdy nadejdzie nasza kolej czytania. Przez stacje od pierwszej do ósmej towarzyszyły mi różne emocje, począwszy od strachu, a skończywszy na lajcie.

Przy ósmej stacji zrobiło mi się gorąco. To co przez kilka wcześniejszych stacji sobie powtarzałam, że będzie dobrze, legło w gruzach. Denerwowałam się.

                                 W końcu mój moment, dziewiąta stacja. Wyszłam w ławki, przy której stałam, podeszłam do miejsca, z którego czytane były wszystkie teksty, poczekałam, aż kolega skończy czytać swój tekst (każdej stacji była przydzielona taka sama kolejność: najpierw mówił ksiądz, po klęczeniu, dwóch moim kolegów czytało teksty, potem czytane było rozważanie, czyli wszyscy pozostali będący na ołtarzu, a na koniec czytał ksiądz i śpiew).

                                 Jak na pierwszy raz, poszło mi nie najgorzej, mogło być lepiej, to fakt. Nie przejęzyczyłam się, ale w paru momentach ze stresu miałam problem z rozczytaniem się. Kasia powiedziała, że mimo wszystko w glosie nie było słychać tej tremy.

Komentarze

  1. Dobrze, że nie popuściłas z tg stresu.... XD ;p Ej ale żyjesz jeszcze..... XD ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba dobrze, że Ciebie tam nie widziałam, bo pewnie bym się przez Ciebie śmiała xd

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Photography

czasem dobrze jest oderwać się od rzeczywistości

Kilka słów o Lednicy